W pogoni za...

Because our future is greater than our past

Oxford

Wróciłam tu po trzech latach. Czy zauważyłam zmiany? W sobie na pewno. Bo jak wiele nowych budynków może powstać jeszcze w Londynie? 

 

Okazuje się, że może powstać i to wiele. Wydaje się, że nic nie wciśnie się już w te wąskie szczeliny między betonowymi płytami. Nagle zza zakrętu wyłania się ogromny plac budowy, na którym powstaje kolejna wieża będąca niebawem siedziskiem ludzkich nadziei.

 

W drodze na lotnisko wiedziałam, że właśnie zostawiam coś za sobą, by wzbić się w powietrze po nowe. Pierwszy raz w podróży, zdałam się w pełni na drugą osobę. Nie przez przypadek mówi się, że najlepszych chwil w życiu nie zaplanujesz. Prawda stara jak świat, ale wciąż łapiemy się na tym, dzień po dniu. Planując kolejne dni, tygodnie, miesiące tak, jak opisywane były kiedyś w książkach. Tak, jak widzimy kolorowe obrazki, słuchamy kolorowych ludzi i mijamy kolorowe sklepy. Planujemy, ale nagle zderzamy się ze ścianą, jak w maratonie. Otwieramy wówczas szerzej oczy, serce bije szybciej i dopada nas chwilowa dezorientacja.

 

Tym razem do UK poleciałam bez konkretnego planu. Zawsze przygotowana, z obrysowanymi mapkami, podrukowanymi artykułami, z głową przepełnioną zdjęciami miejsc, które chcę zobaczyć albo i dotknąć, z nadzieją, że zrobię ciekawsze. No właśnie. Tak było. Tym razem bez planu, zdecydowałam się zaufać drugiej osobie, która Londyn zna o niebo lepiej. Baaa, nie miałam ze sobą nawet aparatu.

 

Na początek London by night. Słynny, tym razem kolorowy Big Ben, radośnie mnie przywitał, a ja zaufałam, że cały ten krótki pobyt poza krajem, taki właśnie będzie – kolorowy. Okolice Victorii, jak zawsze zatłoczone ludzkim bałaganem, dały szybko znać, że wyglądają znajomo. London Eye, drzwiczki Camerona, Pałac Buckingham, czerwone tuby i znane już multikulti wokół mnie.

 

Po ośmiu niespodziewanych kilometrach ulicami Londynu, nadszedł czas na sen i kolejny aktywny dzień w stolicy Wielkiej Brytanii.

 

Przemierzając uliczki Notting Hill pomyślałam sobie, co czują ludzie, którzy do czasu nagrywaniu słynnego filmu, żyli sobie własnym życiem, a nagle pod swoimi oknami muszą patrzeć na tysiące kramów z tandetnymi pamiątkami, miliony turystów wzdychających do pozornie zwykłych budynków i nie chcę pomyśleć ile śmieci unoszących się w powietrzu na zakończenie każdego dnia krąży dostaje się na chodniki ich drzwi.

Z drugiej strony pomyślałam też, że jest to jedno z nielicznych miejsc w Londynie, gdzie mogłabym mieszkać. Tak, wiem o tym, że jest to jedna z najdroższych lokalizacji w Londku, ale przecież marzenia są za darmo :)

 

Tak spacerując, dotarłyśmy do Hyde Parku, po którym ponad pięć kilometrów marszem minęły niczym jedna krótka rozmowa. O tym, co w Polsce, a co w Anglii. Dlaczego młodzi ludzie wyjeżdżają i czy jest sens wracać do kraju. Okazuje się, że ile punktów siedzenia, tyle punktów widzenia, a każdy ostatecznie i tak decyduje za siebie. Powiem Wam, że jak tak przysłuchuję się młodym ludziom opuszczającym Polskę, kiedy patrzę na nich, zaczynam rozumieć, dlaczego decydują się wyjechać. Nie na miesiąc, lub dwa, na dłużej. Te przemyślenia zostawię jednak na później.

 

Miejscem, które najbardziej zaskoczyło mnie podczas tego pobytu w Londynie było zdecydowanie Camden Town. Ni to dzielnica, ni to wielki outdoorowy market ze wszystkim, co tylko można sprzedać. To z jednej strony typowy market ze straganami, gdzie można spróbować kuchni całego świata. Masa ludzi, turystów, ale i okolicznych mieszkańców. Były włoskie makarony, belgijskie rarytasy ziemniaczane, amerykańskie mięcho w burgerach, hiszpańskie tapas, polska kiełbasa i pierogi, indyjskie curry. Była też kuchnia śródziemnomorska i specjały prosto z Afryki. Nieważne, że byłam przecież w UK. A co wzięłam do jedzenia? Ethiopian Food! :) Do końca nie jestem pewna, co zjadłam, ale w mojej miseczce były na pewno dwa sosy, dwa bardzo ostre sosy. Oczywiście, młoda pani, która przygotowywała mi tę potrawę uprzedzała, że oba sosy są bardzo ostre. Musiałam spróbować, ale nałożyłam ich chyba odrobinę za dużo. Poprosiłam o porcję bez mięsa. Były duszone warzywa, ciecierzyca, humus, pieczone ziemniaki w przyprawach, kawałek buraka i pewnie coś jeszcze, czego moje podniebienie nie zapamiętało.

 

Usiadłyśmy sobie pod murkiem, wtopiłyśmy się całkowicie w klimat panujący wokół i tak wciągając aromatyczne podmuchy powietrza, zajadałyśmy się afrykańskim posiłkiem.

 

Jak już żołądki powiedziały basta, zrobiłyśmy jeszcze rundkę po stoiskach z deserami i udałyśmy się w kierunku innej części Camden Town. Beti usilnie chciała pokazać mi jedno miejsce, właściwie sklep. Jak już weszłyśmy do środka, zrozumiałam dlaczego. Na dzień dobry kolejka jak na najlepsza imprezę w mieście. Barierki do pokonania, ludzie w czerni do powitania. Wchodzimy, czyli przeszłyśmy selekcję. Co widzę? Dwie, tańczące na rurach dziewczyny. Wyginają się, owinięte topornymi łańcuchami. Wyglądały, jakby przed chwilą coś wciągnęły. Błędny wzrok wypatrujący jakiś punkt w suficie. Oszalałam. Idziemy dalej.

 

Co było na sklepowych półkach. Otóż... skórzane wdzianka, erotyczne gadżety, niektóre całkiem hardcorowe. Ale był też kolorowe t-shirty, bluzy, różowe peruki, buty na 50 cm platformach, coś na wzór glanów i szpilek z ćwiekami i wiele innych rzeczy, wśród których czułam się dość nieswojo. Co by nie mówić, ciekawe doświadczenie, a ludzie pracujący w tym sklepie muszą być co najmniej psycholami, żeby pół dnia wytrzymać w takim hałasie i wokół fluorescencyjnych przedmiotów. Na każdym kroku życie potrafi zaskoczyć.

Wyprawa na Camden Town była rzeczywiście bardzo ciekawym doznaniem. Poruszyła bez wątpienia wszystkie moje zmysły i mimo wszystko, polecam odwiedzenie tego miejsca :)

Ostatniego dnia odwiedziłam Greenwich. Najpierw Uniwersytet, gdzie czekałam na to, kiedy żacy wyrzucą swoje czapy wysoko do góry. Nie doczekałam się, ale fajnie było zobaczyć te wszystkie uśmiechnięte twarze, bo zakończył się jakiś etap w ich życiu. Wdrapałyśmy się na małe wzgórze, na którym znajduje się obserwatorium, a ziemia dzieli się na Wschód i Zachód. Bardzo ładna panorama rozciąga się z tego miejsca, ale wiecie co? Stanęłam na środku i nie wydarzyło się nic spektakularnego. Nie porwała mnie żadna siła ku górze ani nie zostałam wciągnięta przez wir Ziemi.

Londyn otwiera oczy, ale nie czujesz cudzych spojrzeń na sobie. Ludzie zakładają na siebie to, w czym czują się dobrze. Mówią: jak się czujesz i życzą sobie miłego dnia. Każdy jest inny, każdy ma swój świat i swoje kredki, którymi koloruje najbliższą przestrzeń. Bo przecież, ile ludzi, tyle pasji, piękna i problemów. Zawsze będą lepsi i będą gorsi. Będąc tam, łatwiej to przyswoić. Będąc tutaj, trudniej przejść obok tego obojętnie. O UK parę słów jeszcze będzie, bo tym razem zawitałam jeszcze do Oxfordu.