W pogoni za...

Bieg Niepodległości Gdynia 2015

Bieg Niepodległości 2015, GdyniaUbiegłoroczny Bieg Niepodległości w Gdyni miał być dla mnie startem na pożegnanie z Trójmiastem. Życie ma jednak dobre poczucie humoru, a mnie na tyle spodobała się Gdynia, że nie zamierzam mówić jej popularnego już „pap”.

 

Udziału w tegorocznym Biegu nie planowałam, a pakiet startowy wpadł mi w ręce rzutem na taśmę. Raz jeszcze bardzo dziękuję tym, którzy stanęli na głowie (prawie), bym mogła otrzymać numer startowy i wspólnie z kilkoma tysiącami biegaczy, stworzyć gigantyczną i biegnącą biało-czerwoną flagę. Mimo turkusowej bluzki, w której biegłam :)

 

Kilka słów o biegu z mojej perspektywy.

 

Tak się stało, że wystartować dane mi było z ostatniej strefy błękitnej, która liczyła 2,5 tysiąca osób i jak się później okazało, była najliczniejszą. Jestem totalną amatorką jeśli chodzi o bieganie i z całym szacunkiem do wszystkich biegających ludków, ale okropnie biegło się w tym tłumie. Nie dość, że ruszyliśmy dopiero po niespełna piętnastu minutach od startu najlepszej strefy, to właściwie aż do mety było wokół bardzo tłoczno. Mimo wszystko, nie narzekam, choć jak przystało na Polkę, chyba powinnam.

 

Nie jestem typem, któremu jakoś szczególnie zależy na życiówkach. Nie ukrywam jednak, że jak już zobaczyłam, że mogę poprawić swoją o minutę lub dwie, zaczęłam slalomem wyprzedzać wolniejszych ode mnie. Nie było ich może zbyt wielu, ale świadomość, że wyprzedzasz kogoś i nie będziesz ostatnia jest bardzo motywująca :)

 

Nie biegło się łatwo. Jak już przyspieszyłam, to musiałam zwolnić albo praktycznie się zatrzymać, bo miałam problem ze znalezieniem wolnej luki przed sobą. Szkoda, bo w rezultacie pobiłam życiówkę o dwie minuty i kto wie, gdyby nie mój rwany bieg, być może zbliżyłabym się do 50 minut.

 

Tak czy inaczej, w moim bieganiu wynik jest sprawą drugorzędną. Ważne jest dla mnie to, że mogę się spocić, mogę powalczyć sama ze sobą. To, że w pewnym momencie nie mam siły, a za chwilę okazuje się, że tylko tak mi się wydawało, bo potrafię przyspieszyć. Ważne jest, że robię to, co lubię i że endorfiny w moim ciele i duszy doskonale rozumieją, że czasami bardzo ich potrzebuję. A kiedy już przekraczam linię mety, mówią do mnie piękniej niż pisze Garcia Marquez w Stu latach samotności :)

 

Tym razem nie było inaczej, a kiedy dobiegałam do mety i zegarek dał znać, że mam szansę na 51 minut, czułam się zwyczajnie szczęśliwa – cokolwiek dla kogokolwiek to oznacza. Bardzo pozytywne jest to, kiedy zauważasz efekty swojej pracy. To takie moje przemyślenie po biegu. Jako były profesjonalny sportowiec wiem, że sukces w 90% jest zasługą pracy. Teraz, mimo że uprawiam sport totalnie rekreacyjnie, mam tego potwierdzenie. Bo nieważne, co robisz i na jakim poziomie. Musi być trochę filozofii, wybaczcie. Sukcesem jest, jeśli wkładasz w to serce, czyli całego siebie. A kiedy widać efekty, możesz być z siebie dumny, pozwolenie odgórne.

 

Gratulacje dla wszystkich tych, którym udało się pobić życiówki, ale przede wszystkim dla tych, którzy z uśmiechem na twarzy każdego dnia pokonują kolejne dystanse. Tuż po biegu wybrałam się na Kaszuby. Nie zabrakło aktywności na świeżym powietrzu. Było i bieganie, i zwiedzanie, i uwiecznienie na zdjęciach schyłku polskiej jesieni. Spokojnie, było też grzane wino, orzeszki i spacery. To wszystko takie proste i zwykłe, a jednocześnie dające mega pozytywnego kopa w tyłek.

 

O Kaszubach słów kilka będzie, ale w oddzielnym tekście. Bajo.