W pogoni za...

Sport

38. PZU Maraton Warszawski

38. PZU Maraton WarszawskiKilka dni minęło już od 38. PZU Maratonu Warszawskiego, będącego jednocześnie moim debiutem na królewskim dystansie. Emocje nieco opadły, ale wciąż wracają przemyślenia. Nogi nie bolą, ale rwą się już do ruchu. Głowa spokojna, choć kłębi się w niej milion myśli. 

Tak, bo maraton to zupełnie inny bieg niż wszystkie. To nie dyszka, to nie połówka, to maraton. To dystans wyjątkowy, magiczny – w końcu królewski. Wymaga innych przygotowań, nastawienia mentalnego, ma w sobie pewną tajemnicę, niewiadomą, a to wszystko sprawia, że wiąże się z niesamowitymi emocjami. Zacznijmy jednak od początku. 

Przygotowania 

Decyzję o tym, że w 2016 roku przebiegnę maraton, podjęłam równo rok przed startem. Kiedy to czekałam na mecie 37. PZU Maratonu Warszawskiego jako kibicka. Wtedy, patrząc na ludzi przekraczających linię mety, wiedziałam już, że w przyszłym roku i ja zmierzę się z królewskim dystansem. Nie planowałam miasta, w którym wystartuję ani konkretnego terminu. Po prostu wiedziałam, że to się wydarzy i koniec. 

Na początku moja decyzja nie spotkała się z aprobatą innych. Raczej pewne osoby potraktowały to lekko z przymrużeniem oka. Cały czas biegałam. Raz mniej raz więcej, ale trzymałam formę. Tak minęło kilka miesięcy, nowy rok, a ja zakomunikowałam, że biorę udział w 38. PZU Maratonie Warszawskim i chcę się do niego jak najlepiej przygotować.

Najbliższe osoby zapowiedziały wsparcie, choć jestem przekonana, że do końca miały nadzieję na zmianę mojego planu. Tak się jednak nie stało, bo jestem z tych, które z chwilą ubzdurania sobie czegoś, na czym bardzo im zależy, zrobią bardzo dużo i jeszcze więcej, aby to zrealizować.

Zapisałam się na bieg, wielki bieg. Czytając sporo o przygotowaniach do tego dystansu i biorąc pod uwagę swoje uwarunkowania, ułożyłam sobie w głowie plan treningowy i kilka startów poprzedzających start. Ostatnie dwa miesiące przed maratonem, biegałam zgodnie z planem treningowym. Podejście było bardzo elastyczne, bo nie łatwo łączyć treningi biegowe z pracą, przygotowywaniem się do ligi i innych aktywności fizycznych, które lubię. O lidze wspominam, bo nadal gram w pingla, choć już głównie dla przyjemności i adrenaliny związanej z rywalizacją. Dlatego do każdego meczu, mimo że to tylko 1. liga, staram się być dobrze przygotowana.

To, co napisałam wyżej, mogło zabrzmieć tak, jakbym bardzo poważnie traktowała bieganie. Spokojnie, tak zupełnie nie jest.

Jestem totalną amatorką i robię to rekreacyjnie. Tylko i wyłącznie dla lepszego samopoczucia i realizacji kolejnych wyzwań. Zdarzały się tygodnie, w których biegałam raz. Były takie, kiedy biegałam trzy, cztery razy. W dni, kiedy nie zakładałam stroju biegowego, grałam w pingponga albo chodziłam na siłownię, wykonując głównie ćwiczenia z zakresu funkcjonalnych i cardio.

Sam trening biegowy to biegi ciągłe około 60 minut, interwały, czyli odcinki, na których przyspieszałam, tempówki, czyli bieganie z zachowaniem określonego tempa na określonym dystansie oraz długie wybiegania – od dystansu półmaratońskiego do 30 kilometrów. W Warszawie, długie wybiegania robiłam głównie nad Wisłą i w Lesie Kabackim, choć zdarzyły się także dwie godziny truchtania ulicami miasta. Niezbyt to zdrowe dla stawów i kostek, ale zawsze można odkryć nowe miejsca, więc polecam.

Wiedziałam, że nie chcę cierpieć albo cierpień jak najmniej. Nie chciałam doświadczyć ściany, choć naprawdę nie dopuszczałam do siebie myśli, że mogę się z nią spotkać. Chciałam jak najlepiej przygotować mięśnie i cały organizm do około 4,5 godzin biegu. Chciałam z uśmiechem na twarzy przekroczyć linię mety i normalnie funkcjonować następnego dnia. Dlatego całkiem serio podeszłam do przygotowań. 

Na dwa tygodnie przed maratonem dopadły mnie myśli, czy aby nie za mało biegałam? Szybko jednak wyrzuciłam je daleko za siebie, bo wiedziałam, że są osoby, które pokonały zdecydowanie mniejszą liczbę kilometrów, a podejmować będą wyzwanie maratońskie tego dnia, co ja.

Lubię biegać, ale przyznam, że ucieszyłam się tuż po ostatnim długim wybieganiu. Wiedziałam, że przez najbliższe tygodnie, czyt. kilka miesięcy, nie będę musiała wychodzić z domu na trzy godziny truchtu. Uff. 

Ostatni tydzień przed startem to już typowe ładowanie akumulatorów. Krótkie przebieżki co drugi dzień, zielone jedzenie w dużych ilościach i nieustanne picie wody. Na co dzień piję za mało, ale tym razem zmobilizowałam się do solidnego nawadniania organizmu.

Dwa dni przed biegiem odebrałam pakiet startowy i dumna jak paw wróciłam do mieszkania, by skończyć tworzenie listy utworów, które towarzyszyć miały mi na trasie i zaplanować sposób, w jaki przekroczę linię mety. Ha ha, naprawdę się nad tym zastanawiałam :) 

W końcu nadszedł sądny dzień o moje być albo nie być na królewskim dystansie. Wraz z solidnymi posiłkami, udałam się na Krakowskie Przedmieście, bo tam, przed bramą Uniwersytetu Warszawskiego, gdzie zresztą studiowałam, zaplanowany był start. Usłyszałam: „Spełniaj swoje marzenia” i ruszyłam! Z delikatnymi świeczkami w oczach i na maksa buzującym ciśnieniem we krwi, ruszyłam przed siebie. W pogoni za nowym, nieodkrytym wyzwaniem. Ruszyłam po marzenia!

 

Marzenia

Udział w maratonie od dawna był moim wielkim marzeniem. Odkąd zakończyłam swoją zawodową przygodę z tenisem stołowym, zaczęłam biegać. Na początku dla utrzymania dobrej kondycji i zdrowia. Z czasem dla endorfin, których wielką moc zaczynałam powoli doceniać. Później pojawiły się pierwsze starty w biegach ulicznych, terenowych, z przeszkodami. Następnym krokiem było marzenie. Marzenie o maratonie.

Marzenia realizować można na kilka sposobów. Czasami wystarczy szczęście, do którego szczęście mają nieliczni. W innych przypadkach, potrzeba trochę pieniędzy. Trochę albo zdecydowanie więcej. Są też takie marzenia, które wymagają od człowieka odrobiny wysiłku, systematycznej pracy i uporu. Jedno jest pewne, warto spełniać swoje marzenia i odkrywać w głowie kolejne. I znowu dążyć do ich realizacji. I działać. Bo tylko wtedy czujesz, że żyjesz i że mimo wzlotów i upadków, warto jest jednak żyć. I pewnie to dla większości z Was nadal zaskakujące, ale bieganie i w ogóle sport, pozwala spełniać marzenia. Serio!

 

Ludzie

Ci na trasie i ci, którzy byli daleko, ale trzymali kciuki. Ci, którzy wykrzykiwali moje imię podczas biegu, mimo że nie znaliśmy się. Ci, którzy śpiewali, grali i przybijali piątki na trasie. Wreszcie Ci, którzy byli ze mną na starcie, na trasie i przywitali mnie na mecie. Gdyby nie oni, ten bieg nie cieszyłby tak bardzo. 

Szanuję swoje życie prywatne, ale maraton to wyjątkowy moment i właśnie teraz chcę publicznie podziękować.

Halinie, Monice, Agacie i Tomkowi – za smsowe trzymanie kciuków.

Napisał do mnie ktoś jeszcze, ale...nie zapisałam wcześniej tego numeru, więc przepraszam, ale nie wiem, kto to. Hmm. 

Piotrkowi W. za muzyczne inspiracje, kiedy to do skompletowania listy brakowało mi co najmniej godziny. Franz Ferdinand i Jet spisali się rewelacyjnie :)

Prezesowi Coachowi Markowi – za to, że obiecał, że będzie w okolicach Ronda Starzyńskiego i był! Z zimną butelką wody i uśmiechnięty na 30 kilometrze, cierpliwie na mnie czekał. Przybił piątkę, odkręcił butelkę i powiedział: Leć dalej! 

Ewelinie i jej Drugiej Połowie za to, że tak dzielnie przybijają mi piątki na wszystkich warszawskich biegowych metach. Za najlepsze ujęcia pobiegowych Sarnich Skoków. Tak, wiem. Macie faaajny telefon :) Dziękuję przede wszystkim za cudowną niespodziankę i pojawienie się na 33 kilometrze trasy maratonu. Bezcenne.

Swojej Sis, z którą kilka tygodni przed maratonem wspólnie pokonałyśmy The Color Run w Warszawie i to był jeden z fajniejszych dni naszego siostrzanego życia, które niestety od zawsze było jedną wielką odległością. Była ze mną na moim pierwszym półmaratonie. Zabrakło jej teraz, ale trzymała mocno kciuki ze słonecznej Italii :)

Iwci i Jacowi, czyli tym, którzy tak bardzo nie chcieli i nie rozumieli dlaczego zachciało mi się biegania, szczególnie maratonu. Którzy z jednej strony cieszyli się, ale z drugiej martwili, czy aby nic złego mi się nie przytrafi, ale w końcu zaufali i byli. Byli na starcie i byli na mecie. I są codziennie. Najlepsi z Najlepszych – Rodzice :)

 

Wiecie co, kiedy biegłam swój pierwszy półmaraton, mijałam dziewczynę, która nie miała siły, ale biegła. Towarzyszył jej mężczyzna. Nie wiem, czy był to jej chłopak, brat, kolega, przyjaciel. Ale wtedy pomyślałam sobie, że to musi być bardzo miłe uczucie, kiedy w takiej chwili jest obok Ciebie osoba, która wspiera słowem, wodą i po prostu tym, że jest. To było bardzo pozytywne.

 

Od tamtego półmaratonu minęły dwa lata, a życie potoczyło się tak, że tym razem, to ja miałam szczęście, bo od 33 kilometra aż do mety nie byłam sama. Tym razem to Ktoś był obok mnie. Pytał czy nic mnie nie boli. Podawał wodę, izotonik. Przypominał o tym, że już czas, abym zjadła żel. Biegł przede mną, za mną, ale i tuż obok. Odliczał metry, które pozostały do mety. Bawił się w fotoreportera, mimo że po 30-tym kilometrze człowiek nie jest zbyt fotogeniczny. Pomagał w przygotowaniach, planował trasę, udzielał wskazówek. Po prostu był i za to jedno wielkie DZIĘKUJĘ, Trener! 

Yaasssaaa, zrobiliśmy to razem! :)

 

Emocje 

Maraton to bieg nadzwyczajnie niezwyczajny. Teraz to wiem. I dzięki temu, że tak właśnie jest, nie czułam na trasie większego zmęczenia. Jasne, że nogi po przekroczeniu mety trochę bolały, ale na tyle, że byłam w stanie wykonać tradycyjny już Sarni Skok.

Podczas 42 kilometrów można przemyśleć całe swoje życie. Można śpiewać, śmiać się i płakać. Można obserwować ludzi wokół i cieszyć się, że jest się właśnie w tym miejscu. Nie ma czasu na zmęczenie, nie ma sensu skupiać się na bólu. Zwyczajnie biegnie się przed siebie, a kiedy na mecie witają Cię najbliższe osoby, Ty skaczesz im w ramiona, ale na pytanie: jak się czujesz, odpowiadasz: biegniemy dalej?

Dzisiaj wiem, że nie ukończyłabym maratonu, gdyby nie miesiące wypełnione determinacją, walką z wewnętrznym leniem i konsekwentną realizacją założeń treningowych. Ale wiem również, że było warto.

 

-----------------------------------------------------------------------------------------------

 

Wrażenia po 38. PZU Maratonie Warszawskim bardzo pozytywne. Trasa bardzo fajna. Picia i jedzenia pod dostatkiem. Kibice wspaniali. Pogoda dopisała na 110%. Brakowało mi tylko ciekawszej aranżacji mety. Było tak zwyczajnie w porównaniu do poprzednich edycji, kiedy to meta przypadła na PGE Narodowy. Biegło się lekko i przyjemnie. Ludzie dodawali skrzydeł, atmosfera maratonu niosła kilka metrów nad warszawską ziemią. Mówiłam, że tylko jeden maraton wystarczy mi, by zmierzyć się ze sobą i spełnić swoje marzenie. I tak sobie myślę, że chyba już je spełniłam, ale nie jestem w stanie obiecać, że kolejny raz jednak nie wystartuję. Wybacz, Mamuś :)

 

Maraton