W pogoni za...

Sport

Życiówka w Gdańsku?

AmberExpo Półmaraton GdańskPiąty półmaraton w tym roku to już historia, ale nie byle jaka ta historia, bo zakończona życiówką. A co, się trenuje, się cieszy margaretkami po biegu.

Po Trójmieście biegać uwielbiam – po deptaku łączącym Gdańsk z Sopotem, po gdyńskim bulwarze. Uwielbiam trójmiejskie lasy, szczególnie ten na Karwinach w Gdyni i Oliwski w Gdańsku. Niestety zawody biegowe w Gdyni, nie zdobyły jeszcze mojej sympatii. Zawsze wieje, jest mega szaro, trasy nie są jakoś szczególnie ciekawe turystycznie, zawsze jakieś małe zamieszanie organizacyjne, bo albo wody nie ma, albo wymyślają jakieś dziwne linie startu z dwóch różnych miejsc. A kiedy rwa kulszowa mnie dopada, to wtedy z założenia już wszystko jest najgorsze. Nawet w Gdyni.

„Raz w roku zrób to, czego jeszcze nigdy nie zrobiłeś” - to słowa pewnej dezyderaty, która zawiera kilka cennych wskazówek w stylu: jak lepiej/łatwiej/szczęśliwie żyć. Do tej pory nie startowałam w Gdańsku, więc postanowiłam spróbować. A że AmberExpo Półmaraton był zaplanowany na trzy tygodnie po moim debiutanckim maratonie, bardziej doświadczeni mówili, że będę w dobrej formie i mam dużą szansę na życiówkę. 

Woow, pomyślałam. Skoro może być życiówka, to dlaczego nie w Gdańsku? Tak całkiem serio, to życiówki nie są dla mnie celem nadrzędnym, ale fajnie jest raz na jakiś czas zrobić w życiu coś nowego. Choćby pobiegać ulicami innego miasta niż zazwyczaj. A co tam :) 

Wyjazd na połówkę do Gdańska rozpoczął się w Gdyni. Jechałam ze znajomymi, ale że skleroza nie boli, a ludzkość choruje na nią coraz częściej, musieliśmy wrócić do bazy po niezbędne gadżety, bez których ktoś z nas mógłby nie wystartować. To chyba tajemnica, więc nic więcej nie mogę powiedzieć :) 

Sam bieg jakiś taki smutny był. Nie dlatego, że coś złego wydarzyło się na trasie. Smutny, bo jakiś taki bez emocji. Brakowało kibiców, brakowało muzyki. A kiedy brakuje emocji, to i walczyć się nie bardzo chce. Jak to w życiu. Do ognia należy dokładać drewienka, aby płomień nie zgasł.

Ale jako, że stereotypami się nie będziemy kierować, to postanowiłam, że będę walczyć. Do ósmego kilometra trudno się biegło. Nogi dziwnie ciężkie i ewidentnie nie chciały tego dnia współpracować z głową. Nagle, mniej więcej na dziewiątym kilometrze poczułam się lżejsza o dobre 5 kilogramów. No i zaczęłam przyspieszać. Biegłam naprawdę dobrze i już na 14 kilometrze wiedziałam, że spokojnie mogę zrobić bardzo dobry wynik. To dodało mi kopa. Ostatnie kilometry to rywalizacja głównie z wiatrem i podbiegami, ale na finiszu udało mi się jeszcze przyspieszyć, a później już tylko wbiec na metę z uśmiechem na twarzy i nowym rekordem w serduchu.

Ostatecznie pokonałam dystans gdańskiego półmaratonu w 1:52:50. Po biegu kilka obowiązkowych fotek, biegowa pomidorowa i czas na regenerację.

A kilka godzin później, żeby zbyt szybko nie powitać szarej rzeczywistości, kupiłam piękne, kolorowe margaretki, by cieszyć się z własnego małego szczęścia. A co tam :)

 

ps. zróbcie jutro coś nowego, ok?